Komu bije dzwon?

Rozkład normalny, który nazywamy także rozkładem Gaussa jest jednym
z ważniejszych elementów rachunku prawdopodobieństwa.

Wykresem tego rozkładu jest tzw. krzywa dzwonowa. Przy jej pomocy możemy zilustrować występowanie pewnych cech w przyrodzie, społeczeństwie, a nawet w medycynie. Większość danych zawartych na takim wykresie jest bliska średniej wartości danej cechy – im bardziej oddalamy się od szczytu wykresu w prawo lub lewo – cecha ta jest mniej reprezentowana w danym zbiorze lub populacji.

wpis9adam

Gdyby zmierzyć wzrost wszystkich studentów pierwszego roku w Polsce – rozkład tej cechy na wykresie wyglądałby podobnie. Szczyt krzywej przedstawiałby wartości (Uwaga, strzelam!) w zakresie 165-185cm natomiast wartości poniżej jak i powyżej byłyby znacznie rzadziej reprezentowane w tej populacji o czym świadczyłby spadek
wartości „y” na wykresie.

 

Podobnie możemy oceniać skuteczność terapeutyczną lekarzy jak i ośrodków medycznych biorąc pod uwagę na przykład ilość powikłań.
U podnóża dzwonu z lewej strony, znaleźli by się lekarze, u których odsetek powikłań jest największy – tzw. „odchylenie negatywne”. Wspinając się na ścieżce kariery, osiągnąwszy szczyt krzywej Gaussa – nie powinniśmy jednak osiadać na laurach.

W tym wypadku na czubku góry siedzą przecież przeciętni lekarze z przeciętnymi wynikami!

 

O ile droga na szczyt wbrew pozorom jest w miarę prosta…
Droga ze szczytu w prawo za to ciężka i mozolna.

wpis9adam2

Ale jak dostać się na drugą stronę wykresu,

gdzie lekarze wykazują najlepsze wyniki?
Jak być częścią ekipy stanowiącej tzw. „odchylenie pozytywne”?

 

 

Doktor Atul Gawande, amerykański chirurg indyjskiego pochodzenia, w swojej książce pt. „Lepiej” daje nam pięć sugestii, by to osiągnąć:

1. Zadajmy pytanie, którego nie ma w scenariuszu.
2. Nie narzekajmy.
3. Liczmy coś.
4. Piszmy coś.
5. Dokonujmy zmian.

 

  1. Pytanie, którego nie ma w scenariuszu.
    Chodzi o to, żeby w natłoku spraw nawiązać bardziej osobistą więź z pacjentem. Pacjent wtedy wie, że jest traktowany jak człowiek, a nie kolejny numerek w poczekalni czytany w ogromnym pośpiechu. Nie jak pacjent, którego czas pobytu w gabinecie odlicza ciężko stukający sekundnik. Zapytaj czy oglądał wczorajszy mecz albo czy od zawsze mieszka w Twoim mieście. Zamiast pacjenta XY następnym razem na fotelu siądzie np. przedstawiciel handlowy kibicujący tej samej drużynie. Jakoś tak bardziej po ludzku, prawda?

 

  1. Nie narzekajmy.
    Narzekanie, jako cecha szczególna polskiego obywatela, wcale nie wyróżnia nas na tym tle względem społeczeństwa amerykańskiego. Przynajmniej według spostrzeżeń autora ww. książki. Wszystkim medykom jest ciężko. Każdy ma gorsze dni, powikłania, ale nie licytujmy się w tym, który z nas ma gorzej. Specyfiką tego zawodu jest narastająca frustracja w pracy z ludźmi, gdzie zdarzają się sytuacje nad którymi często nie mamy kontroli. Dlatego lepiej podzielić się z kolegami z branży interesującym przypadkiem czy wybrać inny temat konwersacji. Narzekanie jest nudne, niczego nie rozwiązuje i wprowadza dodatkową nerwowość.

 

  1. Liczmy coś.
    Warunek jest jeden. Liczmy coś, co nas interesuje. Może to być odsetek powikłań w trakcie leczenia endodontycznego lub chirurgicznego. Może to być ilość pacjentów przyjętych w danej jednostce czasu. Cała ta matematyka nie wymaga nakładów finansowych ani dotacji. Zamienia nas natomiast w małych naukowców pozwalających kontrolować własną skuteczność lub efektywność.

 

  1. Piszmy coś.
    Nie trzeba od razu pisać książki. Może to być biuletyn, artykuł, notka na blogu.
    Publikując własne przemyślenia stajemy się częścią większego świata. Publikacja jest deklaracją przynależności do danej społeczności i zademonstrowaniem chęci wniesienia swojego wkładu, nawet jeśli były to wkład niewielki!
    A więc znajdź swoją publiczność i napisz coś!

 

  1. Dokonujmy zmian.
    Znajdźmy coś nowego, czego warto spróbować w dążeniu do celu w medycynie.
    Policzmy ile razy nam wyszło i ile razy ponieśliśmy klęskę. Opublikujmy swoje wyniki. Zapytajmy innych lekarzy co sądzą na ten temat.
    Być może uda nam się zapoczątkować ważną dyskusję.

 

 

Komu zatem bije dzwon?
Serce dzwonu podwieszone jest pod jego płaszczem w który uderza kołysząc się na boki.
Gdybyśmy dorysowali serce dzwonu do krzywej Gaussa…
…mogłoby ono uderzać, tak jak w prawdziwym dzwonie, w wartości skrajne na wykresie – najwyższe jak i najniższe.
W przypadku najniższych – jest to dzwon bijący na alarm.
W przypadku „odchylenia pozytywnego” są to dzwony ogłaszające zwycięstwo.

Znalezienia się w tej drugiej grupie sobie i Państwu życzę.

Fot. 1  Rozkład normalny.

Fot.2 Rysunek własny.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *